Pisanie o zespołach kultowych jest bez sensu, gdyż czego by się nie napisało, to i tak nie zmieni to już powszechnej opinii. Ekipa Carla McCoya każdym kolejnym wydawnictwem wzbudzała zainteresowanie i rzadko zdarzało się jej zawodzić fanów. Pierwszym albumem tej formacji jaki dane było mi usłyszeć był debiutancki "Dawnrazor" i chyba tylko dzięki temu od samego początku miałem obiektywny wgląd na twórczość tej formacji. A było to bardzo dawno temu.
Niewątpliwie uwagę zwraca głęboki, bardzo posępny wokal McCoya i ogólnie dość zimny klimat tych kompozycji. Co zaś się tyczy samych kompozycji… to są do siebie bardzo podobne. W zasadzie wszystkie 13 kawałków oparte jest na podobnym schemacie i jest utrzymane w dość jednorodnym, rytmicznym tempie, kojarzącym się nie co z The Sisters Of Mercy, czy The Cure. W przeciwieństwie do ekipy Andrew Eldritcha w Fields Of The Nephilim mamy do czynienia z instrumentalistami z krwi i kości i wszystko co tu słyszymy jest dziełem ludzki rąk i mózgów.
Pomimo, że "Dawnrazor" jest niezłą płytą, to nie uważam jakoby poznanie tego wydawnictwa było rzeczą obowiązkową. Jak dla mnie jest to album z gatunku "znasz jeden kawałek - znasz całą płytę" po dwu-trzykrotnym odsłuchu nie chce mi się do niej wracać.
Tracklista:
01. Intro (The Harmonica Man)
02. Slow Kill
03. Volcane (Mr. Jealousy Has Returned)
04. Vet For The Insane
05. Dust
06. Reanimator
07. Dawnrazor
08. The Sequel
Wydawca: Beggars Banquet (1986)