Recenzje :

Emilie Autumn - Opheliac

Do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć. Na pewno trzeba dojrzeć żeby zrecenzować ta płytę. Elektronika, skrzypce... Ma się odczucie wstępowania w jakąś niesamowitą krainę składającą się ze spiral i zdjęć w sepii. Podoba mi się mocny śpiew wokalistki, Nie zagłusza on jednak tła, ani nie imituje opery, co jest niebywałym plusem. Widać tu również fascynajce Malice Mizer i Moi Dix Mois.

W ręce miała okazje mi wpaść dwupłytowa edycja tegoż albumu, na pierwszym dysku zawartych jest 12 piosenek na kolejnym mamy 8 ścieżek w tym 3 wiersze. Płyta pierwsza jest bardziej elektroniczna, momentami toporna i niezrozumiała, wręcz psychodeliczna, drugą charakteryzuje bardziej kameralne brzmienie, przywodzące na myśl muzykę z kawiarenek. Pokręcona muzyka dla wytrwałych. To nie jest album, który pokocha się od pierwszego przesłuchania, absolutnie nie, jest zbyt ciężkostrawny, ale mawiają, że ciężkostrawne potrawy są najlepsze. Tak też jest w tym wypadku. Coś mi się wydaje, że dzięki Opheliac stanę się fanką Emilie Autumn. Polecam gorąco.

Ocena: 9/10

Wydawca: Trisol Music Group GmbH (2006)
Komentarz