Wiosna jest taką porą roku, w którą Polacy lubią wchodzić mocnym akcentem. To utopić Marzannę, to samemu się umoczyć - ale w alkoholu... Ja w tym roku wybrałem coś, po czym wiedziałem, że może wywrzeć na mnie silne wrażenie. Nie jestem bowiem w stanie policzyć, jak wiele razy widziałem na żywo wrocławskie Extinct Gods, ale w moich statystykach - których nie prowadzę - na czoło, z piękną liczbą siedem, wyszło już na pewno trójmiejskie Blindead.
Dla Blindead scena okazała się odrobinę za mała. Obsługujący klawisze i elektronikę Hervy zdążył podyskutować z Deadmanem na temat umiejscowienia jego stojaka na gitarę i uderzyć się w głowę, zanim zdołał rozstawić swój sprzęt w odpowiadający mu sposób. Efekt był taki, że perkusista, aby zasiąść za swoim zestawem, musiał pokonać mały labirynt - przejść naokoło całą scenę, trochę się przy tym gimnastykując. Swoją drogą rozgrzewka tego jednego muzyka była dla mnie ciekawsza niż cały występ Moanaa. Również bardziej wciągało mnie to, co puszczono nam w trakcie tych przygotowań - "Godzilla", ta najlepsza, z połowy lat 50., chociaż wersja z dokrętkami, przeznaczona na rynek amerykański. W sumie szkoda, że nie mogliśmy obejrzeć filmu w całości, jednak ani przez chwilę nie narzekałem, że projekcja została przerwana przez Blindead. Może tylko dobór utworów nie był zbyt przekonujący. Występ zaczął się bowiem wykonaniem całego materiału z minialbumu "Impulse". Mój stosunek do tego dziełka jest niezmienny - dobra jest tylko pierwsza połowa utworu tytułowego oraz instrumentalne "Between". Łącznik ten na żywo nie był jednak czysto elektroniczny. Większość muzyków na kilka minut opuściła scenę, ale wraz z Hervym został na niej perkusista, początkowo grający na stojąco, głównie na "blachach", pałeczkami z miękkimi końcówkami. Niespodziewany i magiczny moment. Reszta materiału z "Impulse" była, według mnie, zbyteczna, chyba że ktoś uznał, że trzeba zagrać również coś dla kobiet, chociaż nawet część z nich w połowie "Distant Earths" (z żeńskim wokalem z playbacku) ewakuowała się spod sceny.
Sytuacja zmieniła się, gdy Blindead sięgnęło do swojego poprzedniego dzieła. Gdy tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki gitary z "Enlightenment", ludzie zapełnili pustki przed samą sceną. Od tej pory do końca koncertu zabawa już nie ustawała. Z wyrazu twarzy i nagłego wzrostu potliwości wokalisty wnioskuję, że on również doskonale zdaje sobie sprawę, w których kawałkach drzemią największe pokłady energii. Nawalało trochę nagłośnienie - przyzwyczaiłem się do niemal zawsze perfekcyjnego brzmienia Blindead w "Firleju" - ale nikomu to chyba za bardzo nie przeszkadzało. Trochę bardziej szkoda, że w "Liverpoolu" tego wieczoru nie zgromadziło się więcej ludzi, jednak tej garstce headbangerów, która pod sceną wpadła w muzyczny trans, do poczucia wspólnoty najwyraźniej wystarczyło to, co miała. Przede wszystkim uczestniczyliśmy w występie na światowym poziomie.
Po wysłuchaniu świetnych "Abyss" i "Symmetry" miałem nadzieję, że zespół odegra cały materiał, "fazę" po "fazie", z "Autoscopia / Murder In Phazes", czekała mnie jednak niespodzianka. Jako kolejne zostało wykonane, jeśli nie gubi mnie słaba znajomość pierwszego albumu grupy, "Drug Disorder". Debiutancka płyta Blindead nigdy mnie do siebie nie przekonała i nie martwiło mnie, że zespół od kilku lat nie prezentował mi tego materiału na żywo, ale teraz nie mam nic przeciwko temu, żeby stare kawałki wyparły z koncertowego repertuaru smęcenie z "Impulse".
Na koniec usłyszeliśmy "Blood Bond", którego ostatnia minuta znakomicie nadaje się na finisz koncertu. Publiczności jednak, mimo że Blindead grało przez ok. 70 minut, wciąż było mało. Niestety kilka minut oklasków nic nie dało - w końcu puszczono nam muzykę i powoli się rozeszliśmy. Szkoda, bo te trzy utwory z "Autoscopii", których zabrakło, należą do moich ulubionych. Blindead jednak - teraz już to wiem - należy do tych kapel, które bisów nie grają, nawet jeśli mają czas. Ale taka już ich wizja i takie prawo. I tak brawo!
Nie przypominam sobie, żebym widział już kiedyś Blindead jako headlinera, z całą pewnością jednak stwierdzam, że ten występ, choć nie najlepszy, był najdłuższy i najciekawszy. Muzycy już kilka lat temu pokazali klasę, a teraz robią kolejny krok do przodu. Ich młodszym kolegom z Moanaa życzę, żeby uczynili to samo, bo na razie widać po nich tylko potencjał.