Znowu to cholerne uczucie pustki...nie wiem skąd ono się bierze ale znowu zaczyna mi towarzyszyć. Co rano wstaję(nie, nie budzę się, jak się można budzić w ogóle nie zasypiając)z tym uczuciem i z nim się kładę...Zaczynam powoli coraz bardziej nienawidzić wszystkich i wszystkiego...Ludzie, których naprawdę bardzo lubię są daleko...bardzo daleko...ale sam fakt, że są pozwala mi jeszcze jakoś utrzymać się na powierzchni...Jednak mimo to czuję, że staczam się powoli, wracam do dawnego nałogu, nie chcę znowu zaczynać ale paradoksalnie pragnę tego jednocześnie. Wiem, że to przyniesie ulgę, na chwilę ale zawsze...Dość, na tą chwilę koniec. Wystarczy marudzenia, na które i tak nikt uwagi nie zwróci...
Komentarz