Pięć lat przerwy w działalności i oto kolejne dziecko Sadus. Długi to okres, na pewno wystarczający na to, aby wyciągnąć wnioski z tego co się grało wcześniej. W końcu zmieniły się trendy, a muzyka zmierza do eklektyzmu. Sadus to jednak konserwatyści i ludzie poprzedniego pokolenia, gdyż co najmniej 4,5 roku z tych 5 spędzili na letargu.
Niestety, irytuje mnie jednak fakt, że słyszymy tu też mnóstwo naprawdę świetnych, selektywnych riffów i solówek, sporo naprawdę ciekawych rozwiązań tyle, że całość grana jest beznamiętnie i bez polotu. Nie słychać tego ognia, agresji i odrobiny niechlujstwa znanych z "A Vision Of Misery". Niestety również - po przesłuchaniu kilku utworów zaczyna się robić nudno - coś więc jest nie tak, skoro utwory same w sobie są ciekawe, ale słuchając ich jesteśmy myślami zupełnie gdzie indziej.
Po raz czwarty dostajemy album świetny technicznie, ale zepsuty na własne życzenie. W końcu po takich muzykach jak DiGiorgio czy Allen można oczekiwać czegoś więcej niż rzemieślnictwa. Co prawda, jest to chyba najbardziej urozmaicony album zespołu, ale dla mnie to wciąż za mało. Dla tych, którzy lubują się jednak w technicznym graniu jest to awydawnictwo godne polecenia.
Wydawca: Mascot Records (1997)