W przypadku znanych zespołów zmiana na stanowisku wokalisty niesie najpoważniejsze obawy. Po opuszczeniu zespołu przez kiepściutkiego wokalistę Liivę, na stanowisko frontmana zatrudniono... kobietę! Blondwłosa piękność dołączyłą do supergrupy w której wówczas grali Christopher i Michael Amott (ten drugi grał w Carcass), basista Sharlee D'Angelo (Witchery, Mercyful Fate) i perkusista Danel Erlandsson (Eucharist).
Płyta posiada fantastyczne brzmienie, utwory są przemyślane, świetnie zagrane... w sumie wydawałoby się, że nie powinno być powodów do narzekań. A jednak. Wydaje mi się, że zespół nie wykorzystuje swojego potencjału. Michael Amott, choć jest świetnym gitarzystą, to jednak wydaje mi się, że nie rozwija się jako muzyk, gdyż gra cały czas to samo, a nawet coraz bardziej zachowawczo. Poza tym, przy takich umiejętnościach muzyków, jakie posiadają muzycy Arch Enemy, kompozycje są bardzo ograniczone w formie, zamiast brzmieć ambitnie, brzmią bardzo... piosenkowo. Fakt, z muzyki bije niesamowita energia, ale ja oczekuję czegoś więcej, niż perfekcyjne wykonanie bardzo energicznego, nieskomplikowanego numeru.
Niemniej jednak i tak album ten jest najlepszych jak dla mnie przedstawicielem szwedzkiej szkoły melodyjnego grania i albumem, który mimo wszystko wniósł powiew świeżości do dosyć skostniałego już gatunku.
Wydawca: Century Media Records (2001)