Leży na łące. Wokół kwiaty, blask poranka, śpiew
ptaków. Jasność dnia, szum spadającego liścia. Niemalże Arkadia.
Uśmiech na twarzy, świeżość, beztroska. Szczęście stapia się z
dzieciństwem. Coś obraca się w miękkich, delikatnych, dziecięcych
rączkach. Unosi się, spada wiruje. Potem podmuch wiatru i bańka
mydlana. Tysiąc baniek mydlanych unosi się nad łąką, goniąc się,
brykając, barażkując. Lecą unoszone wiatrem, rozpierzchają się na
wszystkie strony. Tu jedna pęka, jak balon przekłuty igłą, tam inna
zderza się z drugą i stapia, tworząc jedność. Nie ma miejsca dla
wszystkich. Najsilniejsza przetrwa. Lgną do niej, jak muchy do
odchodów. Wszystkie. Żadna nie chce zostać tą ostatnią, samotną, która
w mgnieniu oka rozpada się na tysiąc kawałków i znika. Nie ma miejca
dla słabych. Została już tylko jedna. Silna, ogromna, nienaturalnych
rozmiarów. Jarzy sie jasnym, srebrzystym blaskiem. Emanuje od niej
spokój, ciepło. Jakby zapraszała do swojego wnętrza cały świat.
Dziewczynka wstaje, unosi miękką rączkę. Jest szczęśliwa. Che
dotknąć bańki, dla kaprysu rozbić ją, jak wszystkie inne. Ale ta nie
daje się rozbić. Ta jest silna. Ręka szarpie się, stara uwolnić, to na
nic. Jasnośc i ciepło, to co było do tej pory kochane i przyjazne,
wciąga do środka i pochłania.
Pozostaje tylko przerażenie i ból. Skrawek ziemi w świecie pokrytym
lawą. Kawałek wyschniętej skały. Całe królestwo dla siebie. Żar i
panika. Tysiące obcych, wykrzywionych twarzy, szydzących w ciemności.
Pojawiają się i znikają, jak na starym filnie, w którym ktoś zapomniał
napisać scenariusza. Jedna przeistacza się w drugą, nie ma dwóch takich
samych. Puste oczodoły swiecą, przywodzą na myśl dzikie zwierzeta.
Uśmiechy szaleńców. I wszechogarniajaca, zimna, grobowa cisza,
mieszająca się z ironią. Ironiczny swiat, tak pełen przeciwieństw,
jakby miał zaraz wybuchnąć i rozpaśc się, jak bańka mydlana. Krzyk,
którego nie można usłyszeć. Krzyk, rozdzierajacy ludzkie gardło, krzyk
przerażenia, bólu, chaosu. Łzy, które nigdy nie popłyną, marzenia,
które nigdy nie istniały. I te twarze. Wciąż nowe, wciąz bardziej
ironiczne i przerażające. Wołają, zapraszają, szydzą. Wszystko bez
słów. Zbliżają się. Ida po nią. Są coraz bliżej. Wystawiaja powykręcane
dłonie, chcą pochwycić... bańka mydlana pęka.
Leży na łące. Wokół kwiaty, blask poranka, śpiew ptaków. Jasność
dnia, szum spadającego liścia. Niemalże Arkadia. Do krajobrazu nie
pasuje tylko jedno, samotne, porzucone, zimne, ludzkie truchło.