Czasem, czytając książkę, trafiam na fragment, który mnie szczególnie uderza. Tym razem znalazłam taki w opowiadaniu "Wściekła ulica" G. K. Chestertona.
Hmm... "najcięższy łańcuch, jaki kiedykolwiek zniewolił człowieka".
Zaznaczyć należy, że jest to opowiadanie z początku XX wieku.
Wychodzi więc jednak na to, że ten pośpiech, na który dzisiaj wszyscy tak narzekają, nie jest tworem tak nowym, jak by się zdawało.
No właśnie - narzekamy. Wielu narzeka na pośpiech, brak czasu, zagonienie.
Wielu narzeka - a ilu "coś z tym robi?"
Na ile ten łańcuch nas krępuje, a na ile my sami mu pozwalamy?
Kto z Was ostatnio, idąc do szkoły/pracy/na uczelnię, zatrzymał się, by popatrzeć na buszujące w trawie ptaki? By posłuchać ich rozmów wśród gałęzi drzew? Stanął na chwilę w oknie wsłuchując się w burzę? Idąc ulicą zatrzymał się, by popatrzeć na drzemiącego kota? Przechodząc obok placu zabaw pohuśtał się na huśtawce?
Co ostatnio zrobiliście, takiego małego, aby na chwilkę, na krótką chociaż chwilkę zatrzymać się i przypomnieć sobie, że żyjecie?