Aż dziw bierze, jak Paradise Lost niczym kameleon zmienia stylistykę muzyczną. Album "Host" był odważnym ukłonem w stronę twórczości takich zespołów jak Depeche Mode, z krążka na krążek formacja grała lżej i coraz bardziej upraszczała swoje utwory. Można było się spodziewać, że następca "Host" okaże się jeszcze bardziej elektroniczny, ale "Believe In Nothing" był próbą powrotu do bardziej rockowego grania, chociaż widmo "Host" było odczuwalne miejscami.
Nie jest to krążek może porywający, zaskakujący, odkrywczy, ale pokazał kilka atutów zespołu, do których można było mieć wątpliwości. Nick Holmes jawi się jako szalenie różnorodny wokalista, a muzycy pokazali, że potrafią nagrać album dobry od początku do końca, co w przeszłości nie zawsze miało miejsce. Owszem, są tutaj utwory, które przykuwają mniejszą uwagę, ale zdecydowana większość z nich ma swoją własną tożsamość. Krążka słucha się bardzo przyjemnie - dostaliśmy garść naprawdę dobrze napisanych piosenek, z których część śmiało mogłaby konkurować w telewizji z wszechobecną komerchą. Nie boją się powiedzieć, że i "Symbol Of Life" jest komercyjny, ale komercha też może być dobra, jeśli jest wykonana zawodowo.
Wydawca: Koch Records (2002)