Napisał był Poe opowiadanie, "Okulary". Zaczyna się ono tak:
...gdy wtem wzrok mój przykuła postać w jednej z lóż bliżej sceny - postać, która dotąd uszła mej uwagi [...]
Wpatrywałem się w tę królewską postać najmniej pół godziny, jakbym nagle zamienił się w kamień; i w tym czasie objawiła mi się z mocą nieodparta prawda zawarta w tym wszystkim, co zostało powiedziane lub wyśpiewane na temat "miłości od pierwszego wejrzenia." Doświadczałem teraz uczuć zgoła innych niż wszystkie moje dotychczasowe doznania [...] Zrozumiałem... czułem... widziałem, że kocham miłością szaloną, gorącą, nieodwołalną [...]
Czy wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Czy ktoś z Was przeżył ją? Czy ktoś z Was zna tę emocję, tę "iskrę elektryczną"?...
Myślę, że Poe musiał taką przeżyć, tak prawdziwie opisuje te uczucia...
Ja sama wierzę, bo przeżyłam. Mając lat piętnaście poznałam chłopaka, w którym... no właśnie. Znałam wielu chłopców, miałam wielu kolegów, wielu mi się podobało (bo kochliwa byłam z natury), jedni bardziej inni mniej. Jednak w tym jednym byłam zakochana trwale, jednostronnie i beznadziejnie, mijały lata a moje myśli krążyły tylko wokół niego, nie mogłam zapomnieć i to były przykre lata. Serce mi pękało i wylałam morze łez, bo kochałam miłością nieodwzajemnioną i smutną.
I zawsze wspominając tamten czas, tamto uczucie i tamtego chłopca zwykłam mówić, bo też to wiedziałam, bo nigdy wcześniej ani nigdy potem tak nie kochałam - że był miłością mojego życia.
Minęło już kilkanaście lat a do dziś pamiętam, żywo staje mi przed oczami ten moment, ten ułamek sekundy, ten wybuch supernowej, gdy go pierwszy raz ujrzałam...
Tylko od tej jednej iskry się zaczęło.