Klasyk - tak można powiedzieć o debiutanckim krążku Machine Head. Z perspektywy lat o tym albumie mówi się tak, jakby był o jednym z najbardziej spektakularnych debiutów ubiegłej dekady. Rob Flynn znany z thrashowego Violance zebrał ekipę, z którą nagrał krążek, który całkiem chyba niezamierzenie stał się protoplastą całego tego "nowoczesnego" grania.
Pomimo swojej świeżości i nowoczesności, która po dziś dzień może robić wrażenie trzeba powiedzieć, że nie jest to wydawnictwo fenomenalne. Ono jest co najwyżej dobre. Przede wszystkim już gdzieś przy trzecim utworze słuchacz może czuć się zmęczony pewną jednostajnością i specyficznymi melodiami. Album nie ma w sobie nuty przebojowości, a i sama muzyka momentami brzmi bardzo tępo jak choćby w "Thousand Eyes". Niestety takich numerów na płycie jest więcej, a jeśli weźmiemy pod uwagę, że niemal każdy z nich ma po 5 minut i każdy z nich jest bardzo ciężki lub taki "tępy" to słuchacz może rzeczywiście czuć zmęczenie. Szkoda także, że otwierający album "Davidian" jest zarazem najlepszym kawałkiem.
"Burn My Eyes" jest albumem nowatorskim, łamiącym pewne schematy i niewątpliwie bardzo ważnym w historii metalu, nawet jeśli nie jest to wydawnictwo zachwycające jako całość. Warto jednak zauważyć, że po dziś dzień krążek robi wrażenie i jak się okazuje mało kto osiągał potem taki poziom jak Machine Head tutaj. Czyli jakaś magia tu jest.
Wydawca: Roadrunner Records (1994)