Najzwyczajniej można się uchlać i zasnąć gdzieś na dworcu, można spaść w studnię w kierunku białego światła, lecz jedyne co pozostaje to otrzeć łzy i wytrzeć smarki w zalepioną grzywkę. Usiąść na ulicy, naostrzyć
brzytwę i oddalić się w mrok, gdzie światła latarni przedzierają się przez mgłę a koty pieprzą się w orgiastycznej histerii…
Oglądając zdjęcia tego duetu z Francji można mieć wrażenie, że styl życia jaki prowadzą, może się dobrze pokrywać z moją radosną twórczością opisaną powyżej. Chłop i kobita, nie koniecznie pierwszej świeżości, czy to zatopieni w koncertowym tłumie, czy to stojąc na ulicy, szczerzą się do nas skrzywionym grymasem, co daje dobry przedsmak ich twórczości, która w swej syntetycznej naturze jest storturowaną wersją dyskotekowego gniotu, skoncentrowanego w elektro-punkowej konserwie. I tak to już się przyjęło w tego rodzaju grupach, że skład damsko-męski, ograniczony do dwóch osób, doskonale daje sobie radę
z generowaniem plastiku z syntezatora, od którego wypadają plomby z zębów. Inaczej tutaj nie jest, bo muzyka ma spore pierdnięcie i przysłowiowego kopa.
Od poprzedniego albumu minął tylko rok, a tu już nowe i świeże kawałki, które szeleszczą syntezatorowym zgrzytem aż miło. Okładka albumu przypomina mi pamiętny Subtonix, którego muzyka równie elektro-punkowa, ma chyba jakiś związek z tematem, bo jest tu równie energicznie a nawet muzycznie blisko. Może nie jest to aż tak depresyjne jak zespoły z Cochon Records, czyli Gravy Train czy New Collapse, ale to wciąż ta sama para kaloszy: brud, syf i elektroniczne popłuczyny to bez wątpienia przewodnie motto artystów z Kap Bambino. Z drugiej strony sprawni muzycy, którzy z łatwością generują punkowe hity i nasycają je jakąś magią omijając z daleka słodzizny, jak wiele bliskich im zespołów. Nowy album, zdecydowanie dojrzalszy od poprzednika, nie odrzuca przebojowości na rzecz mrocznej konwencji, za to dodaje uroku ckliwym romantyzmem, trochę z nostalgii, lecz więcej z premedytacją. Jest tutaj więcej miejsca na refleksję a chłód który bije z klawiszy, stał się ciężki i ołowiany, dając tło pod słodkie zawodzenia Caroline Martial.
Jednym zdaniem, kolejna dobra pozycja tego zespołu, która klasyfikuje się trochę dalej niż rzesza grup o podobnym zabarwieniu. W dobie popularności Ladytron czy Vive La Fete to dobra odskocznia od nowego modelu synth wave, neo disco czy jak tam to zwać. Na pewno godne polecenia poznać się z tą sceną, bo jest to nowe i świeże spojrzenie na muzykę, które w odróżnieniu od rocka może jeszcze zaskoczyć.
Tracklista:
01. Blacklist
02. 11:38
03. Dead Lazers
04. Lezard
05. Red Sign
06. Rezozero
07. Batcaves
08. Blue Screen
09. Human Piles
10. Plague
11. Blond Roses
12. Acid Eyes
Wydawca: Because Music (2009)