Muszę się szczerze przyznać, że przed sięgnięciem po kolejny tom przygód Vuka Drakkainena miałam spore obawy. Pierwsza część była wyśmienita i nasuwało się pytanie, czy kontynuacja książki będzie równie dobra. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów zstąpiło na mnie rozczarowanie - bohater zmienił się z jednostki działającej w rozmyślającą i rozpamiętującą. Inaczej mówiąc - Vuko nieco zdziadział (i nie chodzi mi tutaj wyłącznie o jego przemianę w drzewo, ale i o postępowanie po "odczarowaniu"). Dużo myślenia retrospektywnego (niestety, mało wnoszącego do powieści), mało akcji.
Wgryzając się coraz głębiej w drugi tom "Pana Lodowego Ogrodu" przez cały czas miałam nadzieję, że Grzędowicz za chwilę ożywi Vuka, że rzuci go w wir wydarzeń, tak jak zrobił to z młodym tohimonem. Co prawda "ożywienie" nastąpiło dopiero w końcowych partiach książki (czyli dość późno), ale najważniejsze, że w końcu nastąpiło.
Po zakończeniu czytania został we mnie głód dalszej lektury. Pomimo dłużyzn, pomimo pewnego spowolnienia akcji. Od dziś rozpoczynam niecierpliwe oczekiwanie na kolejny tom powieści. I myślę, że nie jestem w tym oczekiwaniu osamotniona. Czary lodowego ogrodu wciąż wiszą w powietrzu.
I jeszcze jedno - w skali dziesięciopunktowej "Pan Lodowego Ogrodu 2" ma u mnie 7/10
Wydawca: Fabryka Słów, Lublin (2007)