Co się stało? Po nagraniu trzech dobrych krążków Deicide wprowadza szereg zmian do swojej twórczości zabijając wszystko to, z czego zespół był do tej pory znany. "Serpents Of The Lights" okazał się być wielkim rozczarowaniem i gdybym nie wiedział, że to Deicide to zapewne ngidy bym nie odgadł, kto jest wykonawcą tego albumu.
Podkówka na twarzy się pogłębia, gdy zdamy sobie sprawę, ze Steve Asheim, choć gra szybciej niż na poprzednich płytach, to gra rzeczy pozbawione urozmaicenia, bez ciekawych przejść. Benton też ma wyraźny spadek formy, bo zabrakło mi tu bestii w tym głosie. Jego growl bardziej przypomina bełkot aniżeli demoniczny ryk, z którym był dotychczas kojarzony. Jedynym mocniejszym punktem "Serpents Of The Light" są solówki - chyba najlepsze jakie formacja zarejestrowała w tym składzie.
Szatańska ideologia tym razem nie pomogła, bo nie może być dobrej muzyki bez dobrych pomysłów. Tutaj ich nie ma, a w porównaniu do "Deicide", "Legion" i "Once Upon The Cross" album ten wypada bladziutko. Może miał to być eksperyment, może muzycy chcieli odświeżyć styl, ale niestety nie udało im się to. I do tego ta kiczowata okładka z Jezusem po wypiciu denaturatu.
Tracklista:
01. Serpents Of The Light
02. Bastard Of Christ
03. Blame It On God
04. This Is Hell We're In
05. I Am No One
06. Slave To The Cross
07. Creatures Of Habit
08. Believe The Lie
09. The Truth Above
10. Father Baker's
Wydawca: Roadrunner Records (1997)