Do momentu wydania "Vile" Cannibal Corpse był w dużej mierze kojarzony z osobą wokalisty Chrisa Barnesa - postawnego człowieka, o bujnej czuprynie, okrutnie niskim growlingu oraz zamiłowaniu do marihuany. Roszady personalne - zespół opuścili Barnes oraz gitarzysta Barnett, a ich miejsce zajęli odpowiednio - znany z Monstrosity George "Corpsegrinder" Fisher oraz pozyskany z Nevermore Pat O'Brian. Nie jest także tajemnicą, że przez wielu muzyka Cannibal Corpse z płyty na płytę jest identyczna, więc wielkich rewolucji w muzyce nie należało się spodziewać. Pytanie było takie, jak spiszą się nowe nabytki zespołu i czy zmienią jego oblicze?
Odwiecznym problemem Kanibali jest jednak brak urozmaicenia w utworach. Owszem, czasami odnoszę wrażenie, że zespół gra wolniej, bardziej chwytliwie (pewne nawiązania do "Bleeding"), ale to jest zdecydowanie za mało, aby się tym emocjonować. Zastrzeżenia mogę mieć także do tego, że utwory zagrane są bez pasji, sprawiają wrażenie odegranych od niechcenia, nie czuć tej dzikości, która towarzyszyła choćby "Tomb Of The Mutilated".
Ciężko jest mi zweryfikować wartość tego albumu w porównaniu do poprzednich wydawnictw formacji. Niewątpliwie jest to najbardziej techniczny krążek Amerykanów, ale osoby ceniące sobie surowość, prostotę, szybkość powinni raczej sięgnąć po wcześniejsze dokonania zespołu. Warto także zaznaczyć, że nie jest to muzyka dla każdego - nawet nie każdy fan death metalu musi tą muzykę strawić.
Wydawca: Metal Blade Records (1996)