Podobno od najlepszych trzeba wymagać więcej. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która uważa Arcturus za jeden z tych zespołów z najwyższej półki. Zarówno "La Masquerade Infernale" jak i "The Sham Mirrors" to albumy genialne, a zarazem jakże inne. Płacz się zaczyna, gdy "pewniak" zawodzi. Tak właśnie jest z ostatnim albumem formacji "Sideshow Symphonies".
Oddzielną kwestię stanowią partie wokalne Vortexa - są one kolejnym rozcarowaniem. Choć nie wątpię w talent wokalny tego muzyka, to daleko mu do klasy Garma, jego partie są tutaj wyjątkowo mdłe, rozwleczone i bezbarwne. Na poprzednich albumach wokal był bardzo waznym elementem muzyki Arcturus, nadawał jej dostojeństwa - tutaj tego nie ma w ogóle. Nawet brzmienie tego krążka wydaje się być bardzo płaskie.
"Sideshow Symphonies" rozczarowuje na całej linii i bardziej niedomaga niż 90-letni dziadek podłączony do butli tlenowej. I wcale nie twierdze, że jest to zły album, ale jest to twór zdecydowanie poniżej oczekiwań. Szanuję to, że Arcturus tworzy muzykę ambitną i nieszablonową, ale co z tego jeśli tym razem ona w żaden sposób nie zachwyca.
Wydawca: Season Of Mist Records (2005)