Noc, a nocą gdy pełni moc sen jakoś nie po drodze. Wydobył się z półmorku
pokoju na mrok podwórza i znowu z głową zadartą ku górze. Jednak tym razem
nie ku sylwetce lub oknu lecz nieobecnej chmurze odsłaniającej
nieboskłon.
Stał rozglądając się bezmyślnie i dopiero po chwili
uświadomił sobie gdzie jest i na co patrzy. Jakby dusza jego miała mniejsze
stopy i nadążyć za nim nie mogla w jego wielkich kapciach. W końcu doczłapując
się i potykając o próg, niezgrabnie wpadając, wróciła do niego i
ożył. Nie ujrzał niczego czego wcześniej by nie widział i chcąc zdjąć
okulary zorientował się, że zostawił je w pokoju.
Niebo było czyste, w
pewnym sensie. Było na nim tylko to co zdołał ujrzeć mimo swojej wady. Było
także przyjemnie delikatnie rozmazane, w gradiencie. Nie mógł dostrzec
wyraźnych ostrych kształtów. Potężny okragły księżyc nie był idealnie
wyciętym okręgiem, przepaloną dziurą na czarnej tafli. Wyglądał jak wielka
biała łata z towarzyszącymi mu mniejszymi jasnymi gwiazdami -
plamki, których brzegi zdążyły już wsiąknąć w materiał, a których
jeszcze nie zdażył wysuszyć nadciągający dzień.
Przypomniał sobie, że
gdy był dzieckiem, matka jego miała wielki granatowy aż czarny fartuch
kuchenny w białe kropki z wielką biała kieszonką po środku, na brzuchu.
Mamo? Zapytał pod nosem, chyba za późno już na kolację ale czy nie za
wcześnie też na śniadanie? Uśmiechnął się, dzecinada, pomyślał, przecież mama
śpi obok ojca.
Położył się w łóżku, na wznak jak zawsze nogi złączając i
dłonie składając na piersiach. Na zamknietych powiekach oglądał projekcję
nocnej scenerii. Niebo to specyficzny kucharz, zastanawiał się, za
dnia chyba nigdy tak w głowach nie mieszał jak w nocy.