Zwykłe, prozaiczne kształty potrafią porastać zawiłymi, ciernistymi krzewami, jeśli patrzą na nie oczy wyobraźni, spętanej ciężkim, szarym łańcuchem codzienności. W nielicznych miejscach ociekają jeszcze szkarłatem bezsilnej wściekłości, jednak nie na długo. Noc przynosi dziwne ukojenie, chociaż tak naprawdę tylko zlewa się z identycznie ciemnym światem myśli
Aira obserwowała stopniowo zapadający zmierzch, odczuwając przy tym niezrozumiałą satysfakcję i spokój. Niebo dopasowywało się do czarnej otchłani w jaką patrzyły oczy jej duszy. Zimny blask księżyca zamrażał w tak znajomej, bliskiej jej ciemności, wszystkie znienawidzone za dnia kształty. W tej chwili jej przepełniona mrokiem lecz wciąż nieograniczona wyobraźnia pragnęła posiąść tą samą zdolność - okrywania zwyczajnego świata cichą, podstępną falą swojej własnej nocy. Długo jeszcze walczyła ze zmęczeniem, które usiłowało oddać głos jej sennej podświadomości. - Nauczę się tego - powiedziała do bladej tarczy Księżyca, dumnej i wyniosłej ponad cichą Ziemią, która pokornie mu się poddała. Księżyc zdawał się szydzić z nierealnych pragnień Airy, niemal słyszała jego chłodny śmiech... śmiech, który zlewał się z jej własnym, powoli się w niego przekształcając. Śmiała się lodowato, bezgłośnie, w nieograniczonej, bezgranicznie ciemnej przestrzeni swojego snu. To ona była Księżycem, ona była zimnem, ciemnością, płaszczem cienia nad światem. Była też światłem, ale zwodniczym, nie dającym życia, a nawet niemalże zabójczym. Światłem, które pokonało Słońce, bo Słońce topiło lód, odkrywając co rano to wszystko czego nienawidziła. Roztaczała teraz lodowate promienie nad cichą krainą bezruchu, mroku i spokoju, pozbawioną głośnych, krzykliwych kolorów. Ponad tym wszystkim unosiły się jej pełne zadowolenia słowa (zadowolenie zupełnie pozbawione było ciepła) :
- Widzisz? Nauczyłam się!