Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Recenzje :

Obscure Sphinx - Void Mother

Obscure Sphinx, Blady, The Gathering, sludge metal, Disbelief, Lux Occulta, Anaesthetic Inhalation Ritual, Void Mother, psychedelic

Po dwóch latach od debiutanckiego „Anaesthetic Inhalation Ritual” zespół Obscure Sphinx ujawnił światu swoje nowe możliwości. „Void Mother” to bardzo długa, bo trwająca prawie sześćdziesiąt osiem minut, dawka psychodelicznego i niosącego wiele różnorodnych wrażeń sludge metalu.

Mimo, że płyta jest bogata stylistycznie i prezentuje zróżnicowane klimaty oraz dźwiękowe kombinacje, to raczej nie mam problemu ze zidentyfikowaniem jej właśnie jako sludge. Gatunek ten bowiem, niejako z urzędu, narzuca twórcom poszukiwania wszelkich wykręconych  i nietypowych form przekazu, utrzymanych w pewnych ramach, z których to Obscure Sphinx się nie wyłamuje.

Te wytyczone kanony to przede wszystkim powolność i ociężałość. Wszystko tu jest toporne i brnie do przodu tak jakby z jakimś bólem, jakby to sprawiało tej muzyce jakiś problem, że musi przedzierzgnąć się przez atmosferę i dotrzeć do uszu słuchacza. Melodie pędzą do przodu jak ta mucha w smole, powodując uczucie obłędu i zdołowania. Często nawiedza mnie taki sen, że gdzieś się bardzo spieszę, albo przed czymś uciekam, a poruszam się tak bardzo powoli i nic z tym nie mogę zrobić. Tak właśnie funkcjonuje mój mózg, kiedy słucham „Void Mother”. Ciężkie i niskie gitary rozkręcają się rzadko i to tylko do średnich temp. Przez większość czasu nie mogą się rozpędzić, więc zamiast tego się wycofują, bądź całkowicie znikają.

To nie jest w stu procentach muzyka metalowa. Jest sporo fragmentów, które z metalem mają niewiele wspólnego. Mamy tu bowiem do czynienia z psychodelicznym rockiem, czy też może post rockiem, momentami bardzo cichymi i spokojnymi. Czasem pojawiają się elementy może nawet trochę jazzowe, na modłę tego co robiła kiedyś Lux Occulta. Ważne jednak, że istnieje wspólny mianownik dla całości materiału, niezależnie od mieszaniny gatunków - wszystko jawi się jako złowrogie, mroczne i przesłonięte całunem czarnej mgły.

Mam przekonanie, że w takiej walcowato-miażdżącej stylistyce znajduje się duże pole do popisu dla gitary basowej. Niskie, buldożerowe brzmienie tego instrumentu ma ogromną siłę rażenia i potrafi nadać muzyce odpowiednią moc. Z zadowoleniem więc przyjmuję fakt, że Blady potrafi to wykorzystać i bas jest dużym plusem tej płyty.

Osobną kwestią są wokale Wielebnej, które muszę przyznać, że są przedniej jakości. Jak chyba nie trudno się domyśleć - w tak zmiennej muzyce zastosowane muszą być odmiennie brzmiące głosy i tak też się dzieje: od typowych przesterowanych sludge'owych wrzasków w stylu Disbelief i hardcore'owych krzyków, przez sporadyczne deathowe growlingi, obłąkane zawodzenia, czyste śpiewy, aż po bardzo wyciszone i delikatne partie. Wszystko oczywiście dopasowane do aktualnej sytuacji muzycznej, odpowiednio wkomponowane i wyważone, co jest kolejnym plusem tego albumu.

Uważam, że płyta tworzy zwartą całość i nie widzę potrzeby opisywania poszczególnych pozycji. Jak zwykle jednak chciałbym pokusić się o wyłapanie pewnych charakterystycznych punktów. Otóż znajdują się tu, że się tak wyrażę, długie kawałki właściwe i krótkie, spełniające rolę intr. Drugi „Velorio” jest dobrym pomostem łączącym pierwszy numer z trzecim, „Void” z kolei też jest przejściem między pierwszą i trzecią częścią kończącej całość trylogii. Natomiast „Meredith” według mnie jest zbędny i nic nie wnosi. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że dla artysty, który miał swoją koncepcję, napracował się i stworzył własne dzieło, może być frustrujące, że nagle wpieprza się jakiś intruz i się mądrzy, jednak płyta jest bardzo długa i jako odbiorca odważam się zauważyć, że może lepiej by było bez tego kawałka, choć jest to szczegół i chyba już zbyt długo się rozpisuję na temat tych dwóch i pół minuty...

Jak już wspomniałem, trzy ostatnie utwory tworzą cykl nazwany „The Fine Act Of Selfdestruction”. Na szczególną uwagę zasługuje tu zwłaszcza ostatni piętnastoipółminutowy „The Presence of Goddess”. Na początku zawsze kojarzy mi się z The Gathering z czasów „Nigthtime Birds” i to i ze względu na wokal, jak i na gitary. Potem przeplątuje różne wątki, aż w końcu jako jedyny utwór na płycie się porządnie rozkręca. Końcówka jest naprawdę nieziemska. Dla mnie najlepszy numer i bardzo udane zakończenie.

W niniejszym tekście celowo użyłem porównań do trzech zespołów z zupełnie innych bajek. Nie tylko dlatego, że naprawdę nasuwają mi się takie skojarzenia, ale też żeby pokazać jak bardzo różne są tu momenty. Do tego wszystkiego bardzo pasuje okładka, choć w kartonowym digipacku niestety nie ma książeczki z tekstami. Żałuję, bo zapoznając się z lirykami mógłbym odkryć nowe wymiary „Void Mother”. Jednak album jest wyprodukowany z własnych środków i wiadomo z jakich powodów wydanie jest skromne. Pozostaje mi zachęcić do zapoznania się z tym krążkiem, bo choć może to zająć trochę czasu, to nie powinien to być czas stracony.

Tracklista:

1. Lunar Caustic
2. Velorio
3. Waiting For The Bodies Down The River Floating
4. Feverish
5. Nasciturus
6. Meredith
7. Decimation
8. Void
9. The Presence Of Goddess

Wydawca: Obscure Sphinx (2013)

Ocena szkolna: 4+

Komentarze
rob1708 : to sobie posłuchaj In The Woods
nutka666 : Czytając recenzje płyta wydaje się dobra,ale moim zdaniem bez szczegó...
jedras666 : Czytając recenzje płyta wydaje się dobra,ale moim zdaniem bez szczegó...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły