Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Relacje :

Brant Bjork - Firlej, Wrocław (31.03.2010)

Na koncert Bjorka czekałem od kilku miesięcy. Nie kryłem ekscytacji - w końcu to członek najlepszego, moim zdaniem, składu Kyuss (tego ze Scottem Reederem). Niestety jeden z moich ulubionych perkusistów musiał wypaść blado na tle tego, co niespodzianie zobaczyłem wieczór wcześniej - koncertu Mazzolla z Piotrkiem Rachoniem. Moi ukochani jazzmani zagrali razem, zanim zdążyłem o tym zamarzyć. Moje wymagania odnośnie występu Bjorka wzrosły więc gwałtownie i wątpiłem, czy je spełni.
Spodziewałem się licznej rzeszy fanów legendy stoner rocka, ale tłok zaskoczył mnie już w przedsionku "Firleja". Z ciekawości zerknąłem, czy nie wywieszono na drzwiach kartki informującej, że sprzedano już wszystkie bilety. Nie zdziwiłoby nie to. W końcu był to pierwszy i jedyny koncert Bjorka w Polsce, o czym artysta kilka razy nam tego wieczoru przypominał. Do Wrocławia zjechali się więc ludzie z całej Polski, w tym zarówno młodzi, którzy zachwycali się każdą nutą graną przez support, jak i starzy wyjadacze wymachujący przed sceną plakatem reklamującym imprezę, a nawet próbujący pić piwo w podskakującym tłumie podczas występu gwiazdy. Generalnie nie byli to osobnicy w takim typie, jaki zazwyczaj widuję na koncertach.

Niemcy z My Sleeping Karma zostali przyjęci bardzo ciepło. Pod względem muzycznym support dobrze dobrano. Gitarzysta najwyraźniej nasłuchał się "Blues For The Red Sun" Kyuss - słyszałem w jego grze echa motywów z takich utworów jak "Thumb" i "Apothecaries' Weight". Może skupianie się na kompozycjach instrumentalnych również jest efektem inspiracji wspomnianym albumem. Zajmujący się konferansjerką basista dał nam zresztą do zrozumienia, że też lubi Branta Bjorka i nie chce nam przedłużać czekania na gwiazdę. Zanim jednak zespół z radością opuścił scenę, wykonał w czterdzieści minut m.in. "Tamas", "Ahimsa", "Drannel Xu Llop" i "Hymn 72". Prezentował się przy tym bardzo dobrze, zwłaszcza basista, który raczej nie grywał wyprostowany i często opierał swoje "wiosło" o podudzie. Klawiszowiec natomiast, w czapce z daszkiem i kapturze, schylał się nad swoim, ozdobionym bannerem z okładką nowej płyty, instrumentem tak nisko, że rzadko widziałem jego twarz. Występ był na tyle udany, że część publiczności domagała się bisu. Osobiście uważam nawet, że My Sleeping Karma, chociaż nie rzuciło mnie na kolana, wypadło lepiej, a już na pewno ciekawiej od Bjorka. Tak naprawdę ze swoją muzyką Niemcy doskonale wpasowaliby się w towarzystwo kapel spod znaku Neurosis. Tu też byli na miejscu, ale kto wie, czy w swym dalszym rozwoju nie pójdą w bardziej odległym kierunku.

Kolejnym gościem, a raczej osobą towarzyszącą, którą obserwowaliśmy na scenie, był techniczny z pokaźnym irokezem, ciemnymi okularami na czole i w skarpetkach w paski. Dopiero, gdy przygotował wszystkie instrumenty oraz rozstawił butelki z wodą i puszki w piwem, zza kulis wyszedł Bjork z kolegami. Muszę przyznać, że Brant wywoływał swoją osobą fantastyczne owacje. Publiczność nie potrzebowała zresztą tego wieczoru żadnej zachęty - często spontanicznie klaskała w rytm utworów i zdawała się być zadowolona ze wszystkiego, co się działo na scenie. Tam natomiast każdy z muzyków prezentował się inaczej. Gitarzysta Brandon Henderson po prostu grał - nie da się o nim napisać nic szczególnego. Co innego Giampaolo Farnedi. Perkusista wygrywał swoje w większości nieskomplikowane rytmy z niemal przerażonym wyrazem twarzy. Miałem przy tym wrażenie, że wali w bębny z całych sił. Za jego zestawem o wiele chętniej zobaczyłbym Bjorka, najlepiej wykonującego "Demon Cleaner" Kyuss. Brant obecnie woli jednak gitarę i wokal. Przechadzał się więc po scenie ze swoim instrumentem, powoli, rytmicznym krokiem, z szeroką chustą na głowie i sygnetem na palcu, często się uśmiechając. Najżywszy w zespole wydawał się basista Billy Cordell, chociaż nie wychylał się on poza swoje cztery metry kwadratowe. Więcej wartych odnotowania obserwacji nie uczyniłem. Co zaś się tyczy muzyki, promujący album "Gods & Goddesses" zespół wykonał m.in. "Freaks Of Nature", "Little World", "Oblivion", "Porto", "Radio Mecca" i "Somewhere Some Woman". Czy usłyszałem również "Dr. Special", "Low Desert Punk" i "The Future Rock (Got It)", nie jestem do końca pewien. Zaprezentowane utwory są dla mnie na tyle mało zróżnicowane, że, gdyby ktoś mi powiedział, że niektóre zagrano po dwa razy, uwierzyłbym. Repertuar nie był jednak do końca jednostajny - momentami bywało wyraźnie żywiej, weselej, bardziej skocznie. Pojawili się nawet bodysurferzy, chociaż tylko dwaj - ochrona tego wieczoru więcej zajmowała się przeganianiem z sali palaczy.

Po niecałej godzinie zespół udał się za kulisy, po czym natychmiast przyszedł stamtąd techniczny, by przestroić "wiosła". Wywoływanie na bis, który był przygotowywany jawnie i bez czekania na naszą reakcję, uważam za groteskowe. Romans jest przecież bardziej emocjonujący wtedy, gdy czuje się niepewność, natomiast obiekt miłości publiczności okazał, jeśli nie chłód, to przynajmniej wyrachowanie. Drugiego bisu nie dostaliśmy, chociaż fani nie chcieli dać za wygraną - mimo że przystąpiono już do rozmontowywania zestawu perkusyjnego, nadal domagali się powrotu gwiazdy. Podczas występu Bjorka otrzymaliśmy więc w sumie niecałe półtorej godziny muzyki, bez szczególnych, godnych zapamiętania momentów. Za jedyny mogę uznać wręczenie przez gitarzystę wybrańcowi pod sceną setlisty. Potem pozostała już tylko sesja zdjęciowa i rozdawanie autografów - zaczęte pod damską toaletą, skończone przy barze. Gdyby nie te kilka podpisanych płyt i zdjęcie zrobione przez kolegę mnie z Bjorkiem w kapelusiku, czułbym po koncercie zbyt silny niedosyt. To głównie dzięki tym końcowym atrakcjom nie zaliczę wieczoru w "Firleju" do przeciętnych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że zachowuję się jak twardogłowy i zrzędliwy matoł, do którego nie dociera, że Kyuss nie istnieje już od kilkunastu lat, ale po tym koncercie uczyniłem spostrzeżenie, które może mnie z tego wyleczy. Przekonałem się ostatecznie, że obecnie styl tej kapeli najlepiej odczuwalny jest w muzyce naśladowców - jeśli mogę tak, z lekką przesadą, nazwać My Sleeping Karma - zaś jej byli członkowie - nie tylko Bjork - wolą grać prościej i bez dawnej magii. Uważam, że tak naprawdę Kyuss nie miał godnego następcy, ale muszę się z tym pogodzić. Umarł król, niech żyje... wciąż nie wiem kto.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły