Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Blasphemers' Campaign 2011 - Firlej, Wrocław (6.09.2011)

Nazwy na plakacie ładnie się dzieliły na dwie grupy. Można było iść na Azarath i kapele z nim "spokrewnione" lub na Bulldozer, którego członkowie mogliby być dla pozostałych ojcami. Na polskie supporty lub na włoską legendę. Najlepiej zaś na jedno i drugie, bo przecież takie zespoły miewają oddanych fanów, ale wrogów trzeba by im szukać daleko, poza światem metalu. Pytanie o to, czy chcę się wybrać na ten koncert, powinno więc się sprowadzić do prostej reguły. Lubię metal czy nie?
Jako pierwszy zagrał nam do tańca owiany lekką tajemnicą zespół Deus Mortem. Niby, że powszechnie wiadomo, kto się kryje za makijażem - że wokalnie udziela się tam Necrosodom, a na gitarze (nie na perkusji) Inferno, oficjalnymi kanałami jednak nawet takie informacje trudno jest uzyskać. Podobno chłopaki dbają również o to, żeby ich materiał nie wyciekł przedwcześnie do sieci, więc powinienem być zadowolony, że znalazłem się w gronie tych, którzy go usłyszeli. Zgadza się, jestem szczęśliwy, chociaż wiele nam nie zaprezentowano - ok. 20 minut muzyki, chyba trzy utwory, w tym, jeśli dobrze zrozumiałem zapowiedź, "Ceremony Of Reversion". Całość wypadła solidnie i całkiem przyjemnie. W pamięć zapadła mi przede wszystkim obecność melodyjnych solówek. Pod względem wizualnym natomiast - wszystko w normie. Image muzyków - blackowy. Na froncie stanęła rogata czacha i krzyż złożony z dwóch kości. Wizualizacje można by uznać za element z zasady odbiegający od tej stylistyki, w praktyce jednak dobrze się wpasował, chociaż przyznaję, że mojej uwagi po prostu nie przykuł. Kontrastowała za to, i to komicznie, prośba Necrosodoma do obsługi o zgaszenie światła, bo miało być tylko czerwone. Nagle się wydało, że potrafi normalnie mówić. Oczywiście na jakość występu, o której decydowała głównie muzyka, nie miało to wpływu. Dla jednych Deus Mortem będzie hołdem dla Thunderbolt. Dla mnie prawdopodobnie stanie się podziemną kapelą budzącą taki szacunek jak Azarath i ocierającą się o kultowość Animy Damnaty, od której utworu wzięła zresztą nazwę. Czekam więc na kolejne, już dłuższe, występy, bo wierzę, że chłopaki będą robić swoje i będą robić to dobrze.

Witchmaster różni się od Deus Mortem tym, że Necrosodom i Inferno już w nim nie grają. Najbardziej znaną osobistością w składzie jest obecnie Reyash. Uwagę skupiał jednak nie on, lecz dość ruchliwy wokalista, tak chętny do czynu, że podczas dłuższych partii instrumentalnych udawał się za kulisy. Może uważał, że na scenie jest już dosyć atrakcji - m.in. dwie czaszki. Zresztą o sukcesie 40-minutowego występu zadecydował już sam dobór materiału. Po odtworzeniu intra zaprezentowano nam zalatującą starym Katem "Trüciznę" z ostatniego dzieła zespołu, z 2009 r. Następnie zrobiło się trochę ciężej i obcojęzycznie - usłyszeliśmy "Road To Treblinka", "Two-Point Suicide", "Tormentor Infernal", "Morbid Death", "Infernal Storm", "Satanic Metal Attack", "Necroslaughter", "Blood Bondage Flagellation", "Fuck Off And Die", "Obedience", "Masochistic Devil Worship" i "The Eyes Of Darkness Are Mirror Of Cave". Dla mnie osobiście z czasem zrobiło się to trochę nudne i wyczekiwałem końca, jednak publiczność bawiła się nieźle - robiła młyn, skandowała nazwę kapeli. Ostatnio sporo myślałem o wyborach, więc przyjmę, że ważniejsze jest zdanie większości.

Inferno i Necrosodom wrócili na scenę pod szyldem Azarath. Przy perkusiście przez część występu kręcił się Adam Sierżęga - zastępujący go w czasach, gdy obowiązki względem Behemoth wzywały. Co się zaś tyczy zmiany na stanowisku wokalisty, zetknąłem się z opinią, że bez Bruna ten zespół jest inny, głównie w kwestii klimatu muzyki. Stwierdzam, że na koncerty to nie wpłynęło. Zawsze uważałem, że Azarath jest kapelą, o której występach się nie filozofuje - chodzi w nich tylko o to, żeby dać publiczności kopa. W Firleju się to sprawdziło. Może i miało znaczenie, że połowa muzyków rozgrzała się z Deus Mortem, jednak uważam, że nie było potrzebne pokazywanie nam przez Necrosodoma białek oczu ani ta odrobina satanistycznej symboliki na scenie. Maszynkę do zabijania czyni z Azarath już sam materiał. Promujące album "Blasphemers' Maledictions" chłopaki w godzinnym secie zawarły zarówno kawałki nowe, jak i te bluźniercze żelazne punkty swojego programu, których braku chyba nikt by nie zrozumiał, kolejno: "Screamin' Legions Death Metal", "Supreme Reign Of Tiamat", "Azazel", "Baptized In Sperm Of The Antichrist", "Whip The Whore", "Infested With Sin", "Beast Inside", "The Abjection", "Christscum", "Behold The Satan's Sword", "For Satan My Blood", "Holy Possession", "Destroy Yourself" i "Harvester Of Flames". Więcej nie napiszę. Bezczelnie stwierdzam, że występów Azarath się nie recenzuje, zwłaszcza tych, które wypadły tak dobrze, jak ten. Zresztą używanie do opisu tej sztuki epitetów nieuważanych powszechnie za wulgarne należałoby uznać za faux pas.

Po dłuższej przerwie przyszła pora na politykę. Miejsce na spływającej krwią mównicy zajął chwiejący się razem z nią Alberto Contini. Gdy ją opuszczał, to głównie po to, żeby zachodzić swoich kolegów od tyłu, lekko się do nich tulić i zbliżać zęby do szyi. Łysina i zawijające się nad uszami bokobrody nadawały mu wygląd ekscentryka. Peleryna i zachowanie względem zespołu - arystokraty i wampira. W połączeniu dawało to cudowny kicz. Wizerunek uzupełniał, równocześnie lekko od niego odstając, klawiszowiec. Muzyk zjawił się na scenie później i wzbudził zainteresowanie na różne sposoby. Po pierwsze: przebrany był za mnicha. Nie był chyba jednak ze swoją szatą zbyt oswojony, bowiem od czasu do czasu poprawiał opadający mu na oczy kaptur. Po drugie: był młody. Fani kapeli, której dotychczasowa działalność przypadała przecież głównie na lata 80., pytali aż głośno, kto to jest. Po trzecie: ledwo go było słychać. Contini podczas występu parę razy dawał dźwiękowcom znaki, że coś jest nie w porządku z nagłośnieniem klawiszy, jednak poprawy nie zauważyłem. Mimo to zawartości muzycznej nie da się nic zarzucić. Grali swój ostry speed metal, czasami bardziej thrashowy, częściej punkowy, a publiczność szalała. W secie znalazły się m.in.: dedykowane Polakom "The Derby", dedykowane politykom "Bastards", "Use Your Brain", dedykowane impotentom "Impotence", "We Are... Italian", po którym wokalista podziękował nam po włosku za skandowanie nazwy jego kraju, "Micro VIP", "Willful Death" poświęcone Dario Carrii - basiście zespołu, który w 1988 r. popełnił samobójstwo, "Aces Of Blasphemy", "Cut-Throat" i "Whisky Time". Liczba szczerych lub ironicznych hołdów była więc zbliżona do liczby wykonanych utworów pochodzących z ostatniego albumu Bulldozer - "Unexpected Fate" z 2009 r. Szkoda tylko, że trwało to jedynie godzinę. Inne znane kapele grające taką muzykę wyciągają przecież nawet dwa razy tyle, a publiczność się przy tym nie nudzi i nie męczy. Bulldozer jednak już podczas występu parę razy udawał się za kulisy i wracał, czym chyba przedwcześnie wyczerpał swój limit takich wycieczek. Bis był krótki. Publiczność wyrażała radość wymieszaną z niedosytem.

Dla trzech kapel zdecydowanie warto było zajrzeć do Firleja: dla włoskiej, przez młodszych raczej niepamiętanej legendy zwanej Bulldozer, dla bezpardonowych, trzymających się podziemia wymiataczy z Azarath oraz dla Deus Mortem, w którym Inferno będzie mógł pewnie znaleźć nawet większe wytchnienie od sławy. Nie oznacza to, że uważam występ Witchmaster za słaby. Po prostu chłopaki nie dorównały polskim kolegom mocą, a włoskim - humorem i energią. Za cały koncert należy się jednak tylko jedno: grazie!
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły