Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Opowiadania :

Kamiennymi oczami anioła

cmentarz, śmierć, grób, anioł, pomnik, pory roku

Pewien sen, który ostatnio śniłem.

Wiosna obudziła mnie ze snu ciepłym deszczem. Słońce, wyglądając zza potarganych chmur rozgrzało moją skórę. Na moim ramieniu przysiadł roztargniony ptak i po kilku nerwowych trelach uciekł gdzieś, gonić własne marzenia. Sękate palce drzew zakwitły soczystymi pąkami, a ja wciąż czekałem.

Pochyliła się nad grobem dziewczyna, o twardym spojrzeniu i smukłych ramionach. Wiatr tulił się do jej włosów, odsłaniając delikatną szyję. Czy płakała, nie wiem; płakał za nią wiosenny deszcz i resztki wyschniętych liści smutno śpiewały, gdy bez zbędnego wzruszenia, mijała milczące groby.

Nadeszło lato i mój cień wydłużył się w skwarnym popołudniu. Wyniosłe drzewa snuły swoje opowieści, delikatnie trącając się gałęziami. Po niebie ciemnymi falami krążyły wrony, w sobie wiadomym tylko celu. Po mojej dłoni wspiął się pajączek i patrzyłem zdumiony jak tka precyzyjnie kolejne dzieło swojego życia. Gdyby mnie zauważył, może byśmy się zaprzyjaźnili, a tak w milczeniu mijały nam chwile. Czekałem niespokojny.

Przyszła wreszcie. Kobieta o twardym spojrzeniu i delikatnych dłoniach. Trochę w jej ruchach było smutnego tańca, kiedy kładła różę na grobie. Różę czerwoną jak zachód słońca, ale i dziką jak skrząca się w świetle dnia rzeka. Nie mogłem zapamiętać jej twarzy, aż przyszła noc i przyniosła ukojenie wszystkim zmartwieniom.

Jesień eksplodowała mozaiką barw. Umierające drzewa jakby nie chcąc tracić swojego sensu, prześcigały się w kreacjach. Srebrne deszcze obmywały kamienny park, zbierały wesołe krople w ponure kałuże, które szyderczo odbijały świat. Patrzyłem na swoje odbicie i widziałem łzy deszczu na mojej twarzy, łzy smutku, którego nigdy nie czułem. Nie czekałem, chociaż przyszła; zgarbiona staruszka, o twardym spojrzeniu i ciepłym uśmiechu. Spokojną dłonią zgarnęła złote liście i pozostawiła tańczący w zamknięciu płomyk. Jakże byłem ciekawy tego ciepła, w marzeniach zatapiając się w bladym świetle lampki. Stężałe krople płonęły razem ze zniczem, sprawiając, że noc nigdy nie była bardziej kolorowa.

Z sinego nieba spadł pierwszy śnieg, a znudzone drzewa zasnęły jedno po drugim. Naga ziemia okryła się białą kołdrą chrupiących kryształów. Zimny wiatr smagał moją skórę i chociaż nigdy nie marzłem, tęskniłem za płomieniami zniczy. Nikt nie przyszedł, a ja nie czekałem. Powoli, wsłuchując się w skrzypiący chłód, zamknąłem oczy. Spod cienkiej warstwy śniegu, wyglądał zamarznięty kwiat: siwa róża, zmęczona pamięcią żyjących. Ostatni dźwięk jaki pamiętam, to moje kamienne pióro, delikatnie opadające w nieskończoność, w śnieg...

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły