Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Relacje :

Castle Party 2018 - Bolków

Castle Party 2018, Castle Party, Bolków, gothic rock, EBM, dark electro, industrial

25 edycja festiwalu Castle Party przeszła do historii. Pozostaje nam teraz uzbroić się w cierpliwość, kiedy to poznamy datę kolejnej imprezy na zamku w Bolkowie, a następnie rozpiskę zespołów, które zagrają za rok na jednym z największych festiwali dark independent w Europie. W tym roku Organizatorzy postanowili poszerzyć Castle Party o dodatkowy dzień koncertowy i tym samym festiwal rozpoczął się już w środę, kameralną imprezą warm-upową. Na scenie w Arkadach (dawna Basztowa) można było posłuchać czterech zespołów: Switchface, Miranda Cartel, Dusk Watch oraz Cabaret Grey. 

W czwartek wszystkie koncerty odbyły się na Małej Scenie obok starego Klubu Sorento. Wieczór został zdominowany przez rocka gotyckiego, post punka i zimną falę. Jako pierwsza zagrała Psychoformalina - kapela z Wrocławia, założona w połowie lat 90’tych, znana miłośnikom sceny z dwóch albumów, rewelacyjnego debiutu “Psychoformalina” z 2008 roku oraz “Ewakuacja” z 2011. Zaraz po nich zaprezentowała się kolejna wrocławska, post punkowa formacja Aviaries, dość młoda, bo założona 4 lata temu. Następnie zagrał warszawski Past, czyli kolejna porcja post punka okraszonego dźwiękami zimnofalowymi. Dalej zaprezentowali się goście z zagranicy: włoska - świętująca w tym roku swoje 10-lecie Christine Plays Viola, powracający po 12 latach do Bolkowa, słowacki The Last Days Of Jesus, istniejący już blisko 30 lat The House Of Usher oraz niemiecki Golden Apes.

Od piątku do niedzieli koncerty odbywały się równolegle na zamku oraz Małej Scenie. Skupiłam się głównie na tym, co działo się na scenie zamkowej. Pogoda nas w tym roku rozpieszczała, przez cały weekend doświadczyliśmy pięknego, upalnego lata i żaden koncert nie został zakłócony przez ulewę ani burzę. W piątek jako pierwsza zaprezentowała się na zamku folk metalowa grupa Leśne Licho, której kompozycje koncentrują się na słowiańskich i skandynawskich motywach. Niestety udało mi się zdążyć jedynie na końcówkę ich występu. Vulture Industries to dla mnie bardzo ciekawe odkrycie tegorocznego festiwalu. Pochodzący z Norwegii band, określany jako “dark metal cabaret” świetnie rozgrzał bolkowską publiczność, zarówno muzyką, jak i rewelacyjnym kontaktem z publicznością. Było dynamicznie, rzeczywiście coś na kształt surrealistycznego mrocznego kabaretu, a na koniec to nawet marynara wirowała na scenie. Bardzo dobry występ. Zaraz po nich na scenie zainstalowały się Niemki z Grausame Töchter, po których wszyscy spodziewali się kontrowersyjnego show. Jak dla mnie, nie pokazały nic szokującego (tyle golizny to można zobaczyć na każdym rogu podczas chociażby Wave Gotik Treffen), a wiem, że można się spodziewać po nich o wiele więcej… Było więc dość grzecznie, pitu pitu (“raz dwa trzy, w prawo w lewo”), ale porywało to wszystko do pląsów pod sceną i co tu dużo mówić, Okrutne Córki rozkręciły niezłą imprezę na zamku. Mieszanka zespołów podczas jednego dnia koncertowego była chyba tego dnia maksymalna i trochę zastanawia mnie kolejność w jakiej prezentowały się zespoły. Zdecydowanie, moim zdaniem, Theatre Of Hate powinien zagrać po Agonoize, a nie odwrotnie. Wciśnięcie brytyjskiej post punkowej legendy pomiędzy aggrotech a electro trochę mnie zastanawia, no ale ok, bawimy się dalej. Kirk Brandon z ekipą zagrali prawdziwy the best off. Totalny koncert z krwi i kości, z pełnym zestawem instrumentów - 60-latkowie pokazali jak się gra prawdziwą muzykę, zaprezentowali klasę i najwyższy poziom. Zagrali oczywiście “Original Sin” i “Do You Believe In The Westworld?”, i dla mnie był to zdecydowanie najlepszy piątkowy koncert na zamku. No, ale co to dopiero działo się potem! Agonoize to niemiecka grupa dowodzona przez, hmm, dość charyzmatycznego lidera - Chrisa L. Internety kipią od relacji, czy to co działo się na scenie, było prawdziwe i w sumie nie do końca wiadomo czy śmiać się czy płakać z tego “perwersyjno-erotyczno-krwawego show”. Osobiście miałam ubaw, bo było to dość zabawne widowisko i ludzie pod sceną byli zachwyceni, gdy sikała na nich sztuczna krew i sperma, bo jak się okazało, to było właśnie to owiane mega wielką tajemnicą show Niemców. Trzeba przyznać, że Agonoize dali największy popis na scenie podczas tegorocznego festiwalu. Jednych trochę zgorszyło, innych zachwyciło, ale mam wrażenie, że tych drugich było zdecydowanie więcej. Po krwawych szaleństwach można było trochę odsapnąć podczas pokazu Grupy Lineact, która zaprezentowała historię krótkich spojrzeń, czyli powietrzną (na murach zamku) rozprawę na temat poszukiwania miłości. W tym samym czasie na scenie instalowało się już The Eden House, na które jednak trzeba było jeszcze trochę poczekać… Obecne wokalistki to Louise Crane, Sally Holiday oraz oczywiście Monica Richards, znana wszystkim z Faith and The Muse. Zamek owiały klimatyczno-senne dźwięki, rozkręcone pod koniec przez utwór FaTM “Battle Hymn” oraz największy hicior The Eden House - “To Believe In Something”. Na Apoptygmę trzeba było poczekać jeszcze dłużej, niestety nie gwarantowało to uniknięcia problemów technicznych i rwący się co chwilę podkład podczas ich koncertu był dość irytujący. APB zagrała “the best off”, było rockowo, elektronicznie, wjechały też ballady, czyli wszystkiego po trochu. Wystartowali z grubej rury: „Unicorn”, „Eclipse”, był oczywiście „Starsign”, „Kathy's Song (Come Lie Next to Me)”, „In This Together”, a na koniec „You Keep Me From Breaking Apart”, „Shine On” oraz „Until The End Of The World”. Zamek wypełnił się po brzegi, ludzie szaleli praktycznie na całym dziedzińcu, świetny koncert na zakończenie wieczoru.

W sobotę jako pierwszy na zamku zaprezentował się Art Of Illusion, czyli instrumentalna kompilacja jazzu, rocka progresywnego i metalu. Zaraz po nich kolejna, niekwestionowana legenda na festiwalu, czyli Made In Poland. Zagrali przekrojowo wszystkie najlepsze utwory, zarówno ze starych, jak i nowszych wydawnictw. Nie zabrakło kawałków: “Ja myślę”, “To tylko kobieta”, “Pada śnieg” czy “W moim pokoju”. Piękny koncert! Po MiP nastąpiła dość znaczna zmiana klimatu, gdy na scenę wkroczyli Niemcy z dark electro / EBM’owego zespołu Tyske Ludder, nazywanego przez wielu po prostu “Tyskie”. Pod sceną ostro się zagotowało, panowie z zespołu też całkiem nieźle się bawili, szczególnie Jay Taylor, który skakał z piwem po barierkach (nie, nie z Tyskim) i pośród publiczności. Zaraz po nich powiało cmentarnym mrokiem, gdy na scenę wkroczyli panowie z The Coffinshakers. Szwedzi zagrali fajny koncert, może nie do końca z takim powerem, jakiego się spodziewałam, ale całkiem nieźle chillout’owało się przy tym country / horror rocku, sącząc browarka. Tempo przyspieszył Gothminister, wjeżdżając na dzień dobry z hitem “Ich Will Alles”. Norweski rockowo-industrialny zespół zagrał sporo nowszych kawałków i dał naprawdę głośne i energiczne show. Po raz pierwszy w Bolkowie zagrał niemiecki pagan folkowy Faun, zarówno podkręcając tempo skocznymi kawałkami, jak i prezentując bardziej nastrojową naturę, tak więc nie zabrakło też kilku ballad przy użyciu najróżniejszych instrumentów, w tym harfy celtyckiej. Sobotni set zamknął Project Pitchfork. Niemcy za rok będą świętować swoje 30-lecie, więc mieli z czego wybierać podczas układania listy utworów, które zaprezentowali na koniec wieczoru. Zaczęli od nowego utworu “Akkretion”, ale już za chwilę poleciały hity “Timekiller” (spodziewałam się go na koniec lub bis, a tu zaskoczenie) oraz “Rain”. Peter Spilles w naprawdę świetnej formie, zdecydowanie zadowolił tłum, który cierpliwie czekał cały dzień na ten koncert (a wiem, że niektórzy przyjechali specjalnie do Bolkowa tylko na ten występ).

W niedzielę zamek zdominował post punk, cold wave, rock i Samael. Dzień rozpoczął się od występu kanadyjskiego Traitrs, a następnie Manu Juodoji Sesuo, które podobnie jak The Last Days Of Jesus powróciło po 12 latach do Bolkowa. Tego dnia na scenie głównej zagrało już tylko sześć zespołów, więc wieczór minął dość szybko i można było odczuć, że koniec festiwalu już blisko. Ci najbardziej wytrwali bawili się dalej, kolejno przy wave-rockowym Escape with Romeo, a następnie opolskiej supergrupie Department. To całkowicie nowe zjawisko na naszej scenie, silnie łączące muzykę z obrazem (rozrzucane przez postać z ryjem świni na głowie fałszywe dolary przyciągały uwagę, szczególnie dzieci, które miały świetną zabawę podczas zbierania “kasy” fruwającej nad zamkiem). Koncert i show bardzo intrygujące, ale jakby trochę krótkie (zgodnie z rozpiską zakończyli 20 minut przed czasem?). The Beauty of Gemina to zespół, którego w niedzielę najbardziej oczekiwałam i oczywiście nie zawiedli w ani jednej minucie ponad godzinnego występu. Było sporo utworów z ostatniego krążka “Minor Sun” (jak zdradził wokalista Michael Sele, singla “Bitter Sweet Good-Bye” nie chciano puszczać w szwajcarskim radio, tłumacząc, że jest “zbyt smutne”), ale nie zabrakło też oczywiście starszych utworów. Dla mnie był to zdecydowanie nr 1 niedzielnego line-upu. Na zakończenie imprezy w tym roku zagrał Samael, początkowo grający black metal, obecnie wykonujący metal industrialny. Chyba prawie każdy słuchał kiedyś Samaela, na jakimś etapie swojego życia, a mi ten etap przypadł na czas liceum i płyty “Passage” czy “Eternal”. W obecnym Samaelu nie dostrzegam już tego, którego słuchałam, ale wiem, że bardzo dużo osób przyjechało w niedzielę do Bolkowa tylko na ten jeden koncert. I tak przeszła do historii jubileuszowa, 25 edycja festiwalu Castle Party. 

Komentarze
amorphous : Rewelacyjna edycja CP!! Numer 1 to Vulture Industries, super bawiłam się...
janka90 : Rewelacyjna edycja CP!! Numer 1 to Vulture Industries, super bawiłam się...
rob1708 : no to za rok wpadnie się znów...oby muzycznie trzymali poziom
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły